Monday, 27 June 2016


Koci park

Zdjęcie: 

Czuję już ten sierściuchowy orgazm, który zdewastuje za chwilę pół tuzina koleżanek. A historia jest taka...

W Limie, w reprezentacyjnej dzielnicy Miraflores, żył sobie ksiądz, wraz z kotem. Wspólne relacje układały im się jak Jarkowi z Alikiem, z tym, że kot lubił łajdaczyć się po pobliskim parku. Bywał tam coraz częściej, do domu wracał z lekkim obrzydzeniem, coś jak mąż-alkoholik po całonocnym dawaniu w palnik, do tego zaczął sprowadzać do parku znajomków. Tak zaczęła się kocia konkwista. Codziennie pogłowie parkowych kotów rosło, dokarmiane przez dobrotliwego klechę. A z czasem okoliczni i mniej okoliczni mieszkańcy Limy zaczęli tam znosić tony niechcianych futrzaków.

W tej chwili koci park jest skolonizowany przez miauczących hippisów, którzy koczują na ziemi, śpią na ławkach i okupują kolana miejscowych i turystów. W tym miejscu nawet drzewa miauczą i trzeba uważać, żeby nie zarobić w łeb spadającym kotem. Zwierzaki mają tam swoją pięciogwiazdkową oazę, wraz z opieką weterynaryjną. A strumień kotów płynie w dwie strony - każdy, kto chce, może tam przyjść i przygarnąć Mruczka. Niestety, zabrakło czasu na realizację szatańskiego planu wtargnięcia tam z torbą kocimiętki.


Dodaj komentarz