Monday, 4 July 2016


Wielokrotnie przeklęty bus

Zdjęcie: 

Kiedy señora o wyglądzie inkaskiej mumii zaczęła się wydzierać na cały bus i pół dworca, miałem ochotę pobawić się w zamachowca ze Świetlistego Szlaku. Tak, to jest miejsce mojego ziomka. I - z całym szacunkiem, carajo - jestem cudzoziemcem i nie rozumiem co się do mnie wrzeszczy.

Ale po kolei. Byliśmy w Tarapoto, na skraju północnej dżungli. Po południu załapaliśmy dwie moto taxi. Miały nas zawieźć na miejsce, gdzie - jak głosili stare podania - można było złapać transport do Yurimaguas. Delikatnie zdziwiliśmy się z Arkiem, tracąc z oczu moto z Bartkiem i Jankiem, ale jechaliśmy w jedno miejsce i oni, taksówkarze, to doskonale wiedzieli.

Nie wiedzieli. Po dotarciu na miejsce i odczekaniu dwóch europejskich minut, poszła w ruch słuchawka. Tak, jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Nie, nie chuja nie mamy pojęcia, gdzie jest „tu”. Janek, masz kierowcę, dogaduj się. Chłopaki zaraz do nas dołączą, na bank, tak utrzymywał ziomek z moto taxi. Po pięciu minutach i następującym po nich telefonie wyszło na jaw coś przedziwne przeciwnego. No więc kolejny telefon i gadka z szoferem. I czekamy. Dziesięć minut potem zobaczyliśmy równie spoconego, co zaaferowanego Janka. Miejsce, gdzie mieliśmy trafić, było wprawdzie na tej samej ulicy, ale trzy kwadry dalej. A nasz kierowca był autentycznym idiotą.

No więc bagaże w ręce i krokiem Korzeniowskiego na dworzec - bus mógł ruszyć w każdej chwili. Problem w tym, że każda chwila potrafi trwać w tym nieszczęsnym kraju godzinami. Ale o tym woleliśmy wtedy nie pamiętać.

Miejsca w busie były tylko dwa, więc Janek z Bartkiem wyruszyli pierwsi. Mieli znaleźć hotel. Okupili to kubełkiem potu, godziną czekania w busie pełnym jak wagon tokijskiego metra oraz rechotem ściśniętych tam Peruwiańczyków o skórze koloru dębowej boazerii. Gringos w colectivo? Prędzej lamy zaczną chlać pisco. A my z Arkiem czekaliśmy na kolejny transport. Nieeee, to nie może trwać zbyt długo.

Szczur. Ten ósmy jeździec apokalipsy pojawił się na płycie dworca, wzbudzając popłoch jak gdyby miejscowi nie byli przyzwyczajeni do latających karaluchów wielkości talerza. Taki tam, radosny przerywnik.

W końcu bus podjechał. Po godzinie czekania w temperaturze 35 stopni i przy wilgotności jak na farmie pieczarek. Po umieszczeniu bagaży na dachu wsiedliśmy pierwsi, co dawało nam teoretyczną przewagę nad resztą pasażerów. Jak zwykle teoria zarobiła z liścia od brutalnej praktyki. Po godzinie gotowania na parze ruszyliśmy, we względnie luźnych warunkach. „Względnie luźne” są w Peru wtedy, kiedy kolan nie gniecie ci pokaźnych rozmiarów worek papryki, a na barana nie siedzi dwójka miejscowych dzieciaków.

Radość trwała jakieś 50 metrów. Kierowca przejechał na drugi koniec dworca i zatrzymał blaszaka. Wszyscy wyjazd i przesiadka do innego busa. No więc plecaki w dłoń plus wkurw głęboki jak kanion Colca.

Po krótkim, pasażerskim Mortal Kombat, wywalczyłem półtora miejsca z tyłu busa. I wtedy pojawiła się wspomniana na początku señora, szukająca miejsca z temperamentem samicy kajmana. Kierowca coś do nas nawija, chociaż nie chce mi się rozumieć. Mamy wysiadać?! Ale to ostatni bus dzisiaj, do kurwy nędzy i wszystkich inkaskich bóstw!!! Nie, nie zaznał prawdziwej furii, kto nie jechał peruwiańskim transportem...

Koniec końców ich oboje, znaczy się babę i kierowcę, wzięliśmy na czas. Dzięki temu miejsce na jej rzecz stracił bardzo sympatyczny gość, siedzący przed nami. Będziemy o Tobie pamiętać, Juan! Po kilkudziesięciu minutach sauny w oparach miejscowych, bus ruszył.

Mógłbym jeszcze rozwodzić się nad miejscem, wygodnym jak krzesło elektryczne. I tym, że doszedłem do perfekcji w delikatnym miażdżeniu głowy śpiącego Peruwiańczyka, w celu zamknięcia okna. Jak również tym, że podróż do Yurimaguas trwała o godzinę dłużej niż powinna. Ale to były już tylko kosmetyczne szczegóły.


Dodaj komentarz