Budki z piwem: dlaczego PRL pił na stojąco
Zielony kiosk, parapet zamiast stołu i kufel wypijany na ulicy. Jak działały budki z piwem, kto przy nich stał i dlaczego próbowano zastąpić je piwiarniami pod dachem.

Na filmie z 1968 roku budka stoi pod Pałacem Kultury i Nauki. Nie ma sali, krzeseł ani szyldu wymyślonego przez agencję reklamową. Jest okienko, wąski blat i grupa mężczyzn, która pije na ulicy. Jeden trzyma butelkę, drugi czyta gazetę, kilku patrzy w stronę kamery. Chłopcy siedzą na materacach. Później montaż przenosi widza do piwiarni pod dachem, ale zachowanie klientów prawie się nie zmienia.
Polska Kronika Filmowa nazywa budkę "nieodłącznym elementem krajobrazu". Potem przestaje udawać bezstronność. Lektor kpi z klientów, kamera szuka kompromitujących ujęć, a całość prowadzi do prostego wniosku: w Polsce piwa nie pije się dla smaku, tylko po to, żeby się upić.[1]
Kronika przesadza celowo. Była przecież państwowym magazynem filmowym, a nie spokojnym zapisem socjologicznym. Mimo to zachowała coś, czego nie da się odtworzyć z samych przepisów i statystyk. Ruch ręki podającej butelkę. Sposób, w jaki ludzie opierają łokcie o parapet. Bliskość kiosku, chodnika i przechodniów. Budka z piwem nie była lokalem ustawionym przy ulicy. Ulica była jej salą konsumpcyjną.
Parapet zamiast sali
Najbardziej rozpoznawalna budka była niewielkim drewnianym kioskiem, często pomalowanym na zielono. Sprzedawca wchodził od tyłu. Od strony chodnika znajdowało się okienko i przybity do ściany blat, nazywany parapetem albo pulpitem. Nie potrzeba było miejsca na stoliki, szatnię ani obsługę sali. Klient odbierał kufel lub butelkę i zostawał po zewnętrznej stronie.
Ten układ był tani i wydajny, szczególnie tam, gdzie po pracy przechodziło wielu ludzi. W popularnym opracowaniu historii kiosków Michał i Anna Zgutkowie podają, że na początku lat 60. w samej Warszawie działało 327 budek.[2] Liczbę trzeba traktować jako dotyczącą konkretnego miasta i okresu, nie całej Polski. Podobne punkty działały jednak również w mniejszych miejscowościach. Reportaż Barbary Cudnik z Koszalina, wyemitowany w 1967 roku pod tytułem "Święto piwa czyli utrwalacz", mówi o nich jako o powszechnym elemencie miasta.[3]
Piwo bywało beczkowe lub butelkowe. Janusz Hajkowski, wspominając lubelskie kioski, zapamiętał okrągłe budki, beczki oraz ręczne nalewanie. Zapamiętał też pianę i niedolewanie kufla do pełna.[4] Zbigniew Hołda wspominał zielone kioski i miejscowe piwo, które oceniał znacznie gorzej niż trudniej dostępny Żywiec czy Okocim.[5] To są relacje pojedynczych osób, zapisane po latach. Nie dają cennika ani planu technicznego typowej budki, ale dobrze pokazują doświadczenie klienta: szybka sprzedaż, nierówna jakość i konsumpcja bez wygód.
Budka należała do gastronomii najniższego szczebla. Nie próbowała udawać kawiarni. Jej przewagą był niski próg wejścia. Można było podejść w roboczym ubraniu, wypić piwo bez rezerwowania stolika i spotkać ludzi wracających tą samą drogą z zakładu. Badacze Polskiej Kroniki Filmowej zwracają uwagę, że z takich kiosków korzystali przede wszystkim robotnicy.[6]
Nie znaczy to, że każdy klient był robotnikiem ani że każdy robotnik pił pod budką. Wizerunek szybko stał się szerszy niż rzeczywisty skład kolejki. "Człowiek spod budki z piwem" zaczął oznaczać głośnego, zaniedbanego, podejrzanego mężczyznę z marginesu. Stereotyp zaczął żyć własnym życiem, odklejony od konkretnego kiosku i konkretnych ludzi.
Męskie miejsce bez drzwi
Budka nie zamykała klientów w środku, więc wszystko odbywało się publicznie. Rozmowa, kłótnia i chwiejny powrót do domu stawały się częścią widoku ulicy. Z tego powodu kiosk działał trochę jak męski klub bez członkostwa, ale płaciło za niego także sąsiedztwo.
W relacjach i prasowych opisach powtarzają się te same kłopoty: hałas, śmieci, tłok oraz brak toalety. Koszaliński reportaż z 1967 roku skupiał się właśnie na uciążliwościach dla otoczenia.[3] Krystyna Bogusz zapamiętała lubelskie budki nazywane "bombami" i mężczyzn stojących przy nich przez dużą część dnia.[7] Film PKF pokazuje pijanego człowieka załatwiającego potrzebę przy murze. To ujęcie zostało wybrane po to, żeby widza oburzyć, lecz sam problem sanitarny nie był wymysłem montażysty.
Równie ważne jest to, kogo przy budce prawie nie widać. Popularne opracowania i wspomnienia przedstawiają ją jako przestrzeń wyraźnie męską. Kobieta pijąca tam piwo musiała liczyć się z oceną, której nie stosowano w ten sam sposób wobec mężczyzn. Kobiety pojawiały się więc częściej jako sprzedawczynie albo żony przychodzące po partnera niż jako swobodne klientki.[2]
Łatwo w tym miejscu pomylić dostępność z otwartością. Budka nie miała selekcji przy wejściu, bo nie miała wejścia. W praktyce własne zasady narzucała grupa stojąca przy parapecie. Stały klient spotykał znajomych. Dziecko idące chodnikiem albo kobieta mijająca tłum mogli widzieć grupę, którą bezpieczniej było ominąć. Mieszkaniec najbliższej kamienicy słyszał ją jeszcze długo po odejściu od okna.
Piwo, po którym często była już wódka
Dzisiejsze skojarzenia z piwem prowadzą w stronę pubu, browaru rzemieślniczego, stylu IPA i rozmowy o chmielu. Budka z PRL działała w innej kulturze picia. Sprzedawała piwo, ale nie musiała budować kultury piwnej.
Kronika z 1968 roku nazywa duże jasne "utrwalaczem" wypijanym po ćwiartce wódki.[1] W tym jednym słowie mieści się ważna różnica. Piwo nie zawsze otwierało spotkanie. Czasem przedłużało stan nietrzeźwości po mocniejszym alkoholu. Historyk Krzysztof Kosiński wskazuje, że w PRL utrwalił się wzór picia dużych ilości, często i przede wszystkim mocnych trunków. Według przytaczanych przez niego danych spożycie czystego alkoholu na osobę wzrosło z około 1,5 litra na początku lat 50. do 8,6 litra pod koniec lat 70.[8]
Te liczby dotyczą całej konsumpcji, nie samych kiosków. Budka była widoczną końcówką znacznie większego systemu: łatwej sprzedaży alkoholu, picia w zakładach pracy, hotelach robotniczych, prywatnych mieszkaniach i restauracjach. Skupienie całej winy na zielonym kiosku byłoby wygodne, bo kiosk dało się usunąć z chodnika. Trudniej było zmienić przyzwyczajenia, warunki pracy i sposób spędzania wolnego czasu.
Autorzy opracowania o obrazie codzienności w PKF zauważają, że Kronika wielokrotnie krytykowała dużą dostępność alkoholu. W mniejszych miastach picie bywało przedstawiane jako jedna z niewielu dostępnych rozrywek.[6] To tłumaczy popularność budki lepiej niż opowieść o szczególnej miłości do piwa. Kiosk był blisko, działał szybko i nie wymagał planu na wieczór.
Kamera już wydała wyrok
Materiał "Wstąp na piwko naprzeciwko" trwa minutę i trzydzieści cztery sekundy. Zdjęcia zrealizowano w Warszawie w marcu 1968 roku, a temat wszedł do wydania PKF 16B/68 z 19 kwietnia. Komentarz napisał Jerzy Kasprzycki, czytał Włodzimierz Kmicik, zdjęcia wykonał Zbigniew Skoczek, a montowała Jadwiga Zajiček.[1]
Film jest cennym źródłem właśnie dlatego, że nie jest neutralny. Lektor używa rymu i szyderstwa. Montaż ustawia obok siebie młodych chłopców, starszych mężczyzn, człowieka przy murze, szczekającego psa oraz puste butelki. Nie poznajemy nazwisk ani powodów, dla których ktoś zatrzymał się przy kiosku. Klienci mają zadziałać jako zbiorowa figura pijaństwa.
Jednocześnie kamera rejestruje prawdziwy układ przestrzeni. Budka stoi przy ciągu pieszym, ludzie piją na widoku, a parapet sprzyja krótkiemu postojowi, który łatwo zamienia się w dłuższe stanie. Film pozwala więc zobaczyć obiekt i propagandową ramę nałożoną na obiekt. Odrzucenie ramy nie wymaga udawania, że nie było problemu.
Najlepszy moment pojawia się pod koniec. Kronika przenosi akcję do schludniejszej piwiarni, nazywanej ironicznie "piwozdrojem". Miało być kulturalniej, lecz kamera znajduje podobne zachowania. Wniosek lektora jest gorzki: sam dach nie wystarczy. Państwowy materiał antyalkoholowy podważa w ten sposób łatwy pomysł państwowych urzędników.
Piwiarnia miała naprawić budkę
Próby ograniczania ulicznego picia zaczęły się wcześniej niż film. Ustawa o zwalczaniu alkoholizmu z 10 grudnia 1959 roku oraz wydane do niej przepisy wzmacniały kontrolę nad zezwoleniami i liczbą punktów sprzedaży. Zezwolenie można było cofnąć między innymi ze względu na potrzebę ograniczenia nadmiernej liczby takich punktów.[9]
Warszawski dokument z 1962 roku pokazuje, jak przekładano tę politykę na miasto. Prezydium rady narodowej oczekiwało programu zastępowania części wolnostojących kiosków z piwem piwiarniami oraz ogólną siecią sprzedaży. Równolegle planowano rozwój gastronomii bezalkoholowej i większą promocję napojów bez alkoholu.[10]
Za tym pomysłem stała logika przestrzenna. Lokal pod dachem miał mieć zaplecze sanitarne, obsługę i większą kontrolę nad klientami. Picie miało zniknąć z chodnika. Budka rzeczywiście wzmacniała część problemów, ponieważ całą konsumpcję wypychała na zewnątrz. Piwiarnia mogła ograniczyć bałagan pod oknami mieszkańców.
Nie potrafiła jednak automatycznie zmienić sposobu picia. Pokazuje to PKF, a później potwierdziła historia lokali o złej reputacji. Klient mógł dostać stół, toaletę i miejsce za zamkniętymi drzwiami, a lokal nadal zarabiał głównie na szybkim obrocie alkoholem. Zmiana wyposażenia rozwiązywała problem sanitarny, ale nie usuwała uzależnienia ani obyczaju upijania się.
Usuwanie budek przebiegało stopniowo i różnie w poszczególnych miastach. Najpierw znikały z reprezentacyjnych centrów, dłużej utrzymywały się na obrzeżach. Popularne historie podają, że ostatnie kioski przetrwały do początku lat 80.[2] Trudno jednak wskazać jedną datę końcową dla całego kraju. Zdjęcia Grażyny Rutowskiej z Wyszkowa dowodzą, że w połowie lat 70. budka nadal była normalnym elementem ulicy. Lokalna pamięć sięga jeszcze dalej.
Co zostało po budce
Dziś zielony kiosk może wyglądać jak gotowa scenografia do filmu o PRL. Ma prostą bryłę, wyrazisty kolor i natychmiast rozpoznawalny parapet. Taka forma dobrze znosi nostalgię. Problem w tym, że nostalgia usuwa zapach, hałas, niedolany kufel i mur używany zamiast toalety.
Sentymentalna pocztówka i kronikarska karykatura zniekształcają ten sam obiekt w przeciwnych kierunkach. Budka była użytecznym i tanim punktem sprzedaży. Dawała miejsce spotkań ludziom, którzy nie mieli wielu innych niedrogich lokali. Zarazem była przestrzenią zdominowaną przez mężczyzn i opartą na sprzedaży substancji wyrządzającej widoczne szkody.
Jej historia mówi sporo o projektowaniu codzienności. Kilka desek, okienko i blat ustalały, gdzie staje klient, jak długo może zostać oraz kto będzie musiał go omijać. Ten obiekt nie był obojętnym opakowaniem handlu. Wpływał na zachowanie, choć oczywiście go nie tworzył od zera.
Po budkach została jeszcze fraza "spod budki z piwem". Używa się jej wobec czyjegoś języka, wyglądu albo zachowania, nawet jeśli mówiący nigdy nie widział prawdziwego kiosku piwnego. Drewniane punkty zniknęły z chodników, lecz pogardliwe skojarzenie z ludźmi stojącymi przy parapecie nadal działa.
Na fotografii Ignacego Płażewskiego budka stoi przy ulicy Nowomiejskiej na łódzkim Starym Mieście. Widać jej prawą ścianę, fragment lady i czterech mężczyzn. Resztę kadru zajmuje zwykły ruch ulicy: przechodnie, bruk, latarnia i kamienica przy Podrzecznej 2. Kiosk nie jest zabawnym rekwizytem ani potworem ustawionym w środku miasta. Jest częścią dnia.
Dopiero kiedy niemal wszystkie takie punkty zniknęły, łatwiej zobaczyć, ile funkcji próbowano zmieścić w małej drewnianej skrzynce i jak wiele problemów pozostawiono po jej zewnętrznej stronie.
Źródła i dalsza lektura
- Filmoteka Narodowa, "Wstąp na piwko naprzeciwko", PKF 16B/68. Metryka, opis sekwencji, tekst lektorski i oryginalny materiał filmowy z 1968 roku.
- Michał Zgutka, Anna Zgutka, "Krótka historia budek z piwem". Popularne opracowanie o wyglądzie kiosków, ich klientach i stopniowym usuwaniu z miast, oparte między innymi na pracach Krzysztofa Kosińskiego.
- Polskie Radio Koszalin, "O koszalińskich budkach z piwem". Reportaż Barbary Cudnik "Święto piwa czyli utrwalacz" z 1967 roku.
- Janusz Hajkowski, "Budki z piwem". Fragment relacji historii mówionej, Ośrodek "Brama Grodzka - Teatr NN".
- Zbigniew Hołda, "Budki z piwem i pijalnie wód mineralnych w latach 70.". Fragment relacji historii mówionej, Ośrodek "Brama Grodzka - Teatr NN".
- Piotr Matura, "Czas wolny w Polskiej Kronice Filmowej w dobie małej stabilizacji 1956-1970", w: "Studia z Historii Najnowszej Polski", tom 3, 2021. Analiza obrazu czasu wolnego, gastronomii i alkoholu w PKF.
- Krystyna Bogusz, "Sklepy za żółtymi firankami i budki z piwem". Fragment relacji historii mówionej, Ośrodek "Brama Grodzka - Teatr NN".
- Polskie Radio, rozmowa z Krzysztofem Kosińskim o pijaństwie w PRL. Kontekst wzorów picia i zmian w spożyciu alkoholu.
- Ustawa z dnia 10 grudnia 1959 r. o zwalczaniu alkoholizmu oraz rozporządzenie wykonawcze z 1960 roku.
- Dziennik Urzędowy Rady Narodowej Miasta Stołecznego Warszawy, 1962, nr 10. Program zastępowania części wolnostojących kiosków z piwem piwiarniami i rozwoju gastronomii bezalkoholowej.
Informacja o filmie i fotografii
Film osadzony z YouTube jest kopią materiału "Wstąp na piwko naprzeciwko" z Polskiej Kroniki Filmowej 16B/68. Prawa do materiału wskazane w Repozytorium Cyfrowym Filmoteki Narodowej należą do WFDiF. Osadzenie prowadzi do zewnętrznego odtwarzacza i nie oznacza przejęcia praw do nagrania.
Zdjęcie otwierające wykonał Ignacy Płażewski. Plik udostępniło Muzeum Miasta Łodzi za pośrednictwem Wikimedia Commons na licencji CC BY-SA 3.0 PL. Wersja użyta w artykule jest lokalną kopią oryginalnego pliku, bez kadrowania i retuszu.
Powiązane artykuły
- Radzieckie przystanki autobusowe: małe budynki, na które nikt nie patrzył
Skąd wzięły się niezwykłe przystanki autobusowe w dawnym ZSRR, kto je projektował i dlaczego obok jednej drogi można znaleźć betonową falę, mozaikę albo mały statek kosmiczny.
- Kropla księcia Ruperta: szkło, które wytrzymuje młotek i rozpada się po dotknięciu ogona
Historia i fizyka kropli księcia Ruperta. Dlaczego jej główka wytrzymuje ogromny nacisk, ogon uruchamia gwałtowne pękanie, a jeden mały kawałek szkła potrafi rozpaść się na ponad 20 tysięcy fragmentów.